Reklama

Blogi, które czytam

Kategorie

Archiwum

2008

2007

2006

2005

2004

Stat4u

Stat4u

Blog

Arnie w areszcie!

25.08.2006 - Piątek - 16:14

Bardzo dobrze znany większości polskiej społeczności usenetowej Arnold B. został aresztowany. Donosi o tym wrocławski serwis regionalny portalu gazeta.pl.

W Usenecie Arnold <przetwarzam /> Buzdygan bardzo lubił dręczyć ludzi, którzy mieli inne zdanie niż on. Miał obsesję na punkcie przetwarzania danych osobowych i lubił nasyłać, niekoniecznie wirtualnych, napastników na swoich oponentów w dyskusji. Ale zajmował się też biznesem. Miał jakieś półlegalne interesy. Prowadził agencję modelek, zajmował się reklamą a nawet produkował filmy. W tamtym roku nawet chciał kandydować na urząd Prezydenta RP. Był postrzegany jako troll, specyficzny bo niebezpieczny.

Arnold B., kontrowersyjny wrocławski biznesmen i ubiegłoroczny kandydat na prezydenta Polski, siedzi w areszcie. Prokuratura zarzuca mu udział w grupie przestępczej i wypranie nawet kilku milionów brudnych pieniędzy.

Cóż... On lubiał zgłaszać "popełnianie przestępstw" w prokuraturze. Teraz prokuratura zajęła się wreszcie nim. Szkoda tylko, że będą rozpatrywać tylko machlojki, a nie za najścia, pogróżki i innego rodzaju bandyckie czyny. Ale Ala Capone też skazano tylko za oszustwa podatkowe...

Na swojej stronie internetowej Arnold B. wylicza swoje umiejętności: znajomość prawa gospodarczego i podatkowego, znajomość zasad księgowości i organizacji przedsiębiorstwa, umiejętność wydajnego zarządzania finansami.

Policjanci: - Rzeczywiście. W ciągu półtora roku wyprał kilka milionów złotych.

Ciekaw jestem, czy można już bezkarnie przetwarzać? ;-)

Słowa kluczowe: usenet internet społeczeństwo

Komentarze (1)

Inżynier bezcennym narodowym skarbem ;-)

15.08.2006 - Wtorek - 01:22

Od jakiegoś czasu, raz po raz, można usłyszeć w radiu, przeczytać w gazetach o różnych pomysłach mających na celu zachęcenie młodzieży do studiowania kierunków technicznych. We Wrocławiu na przykład można dostawać stypendium tylko za wybór studiów technicznych. Pozwólcie więc, że ja też powiem co na ten temat sądzę. A przypomniałem sobie o tym fakcie dzięki tej notce, z której też "podkradnę" kilka cytatów ;-)

Wszyscy wiemy, że tylko garstka zapaleńców nie ma wstrętu do fizyki i matematyki. A nawet jeśli jeszcze lubią te przedmioty, to z pewnością przestaną po zetknięciu się z nimi na poziomie akademickim. Problem w tym, że zastraszająca większość z tych ludzi nie lubi tych przedmiotów, nie dlatego, że ich nie rozumie, a dlatego, że im się nie chce go rozumieć - nie chcą ruszać głową. A te dwa przedmioty to praktycznie fundamenty każdego kierunku technicznego - od budownictwa, przez mechanikę, po elektronikę i informatykę.

Pokolenie "po reformie" edukacji niby było uczone, że "zrozumienie" jest ważniejsze od "wiedzy" (oczywiście mam tutaj na myśli suchą wiedzę). Niestety założenia reformy nie w każdym przypadku dały pożądany skutek. Młodzież nie potrafi czytać ze zrozumieniem ani się poprawnie wysłowić. A co dopiero mówić o matematyce i fizyce? Jest problem! Reforma paradoksalnie przyczyniła się do spodziewanego odwrotu od studiów technicznych. I, tak naprawdę, niewiele da się zrobić. Pomysły jak ten z Wrocławia, moim zdaniem nie są dobre. To prawda, że może zachęcić wiele osób do podjęcia studiów technicznych, ale ja widzę ogromną wadę w tej idei - ilu młodych ludzi pójdzie na studia techniczne tylko po to, żeby pobierać stypendium i przy okazji wymigiwać się od wojska? Pieniędzmi inżynierów nie kupimy...

Kolejny problem - strach. Studia techniczne powodują przerażenie wśród niektórych ludzi. Cytat z "Rzeczypospolitej" (via Andre3000):

Dlaczego od lat mniej jest kandydatów niż miejsc na kierunkach wymagających wiedzy z przedmiotów ścisłych? - Młodzież boi się nauk ścisłych - uważa prof. Jerzy Woźnicki, szef Fundacji Rektorów Polskich. - Elektronika i telekomunikacja to postrach studentów.

Ale dlaczego? Przecież inżynier nie gryzie, nie kopie, nie bije? Czym jest spowodowany ten strach? Tylko tym, że ilość materiału wymaganego do opanowania jest relatywnie większa niż ilość materiału na studiach humanistycznych/ekonomicznych/itp.? Potęga ludzkiego umysłu jest na tyle duża, że ze wszystkim (no prawie wszystkim) można sobie poradzić, pod warunkiem odpowiedniego podejścia do problemu. Ogromna ilość materiału (raczej umiejętności niż suchej wiedzy) przecież jakoś daje się opanować. Przecież są ludzie, którzy skończyli studia techniczne. Oni jakoś sobie poradzili, to dlaczego dzisiejsza młodzież nie jest w stanie sobie poradzić?
Być może zupełnie inaczej bym twierdził, gdybym sam nie studiował "postrachu studentów" - Elektroniki i Telekomunikacji. Być może, w swoim szowinistycznym podejściu nie okazuję zrozumienia inżynierofobom, ale ja po prostu tego nie rozumiem. Lenistwo, droga na skróty, byle jaki "papierek"...

Jakiś czas temu widziałem zestawienie względnej ilości studentów uczelni technicznych w różnych krajach europejskich. Niestety konkretnych danych nie pamiętam, ale Polska ze swoimi bodajże sześcioma procentami (a może szesnastoma?) była na szarym końcu. Aż strach pomyśleć co będzie jeśli ta tendencja będzie się utrzymywać. Będziemy wypuszczali kilkudziesięciu inżynierów rocznie? Przy czym trzy czwarte z nich będzie od razu wyjeżdżać za granicę? Smutna wizja...

Ale z drugiej strony spójrzmy (my - przyszli inżynierowie) na to optymistyczniej - będzie dla nas praca! Właściwie to ona już jest. Kolejny przechwycony cytat:

Tymczasem według prognoz Unii Europejskiej w ciągu najbliższych 20 - 30 lat zapotrzebowanie na ludzi z wyższym wykształceniem technicznym, zwłaszcza na inżynierów, ma wzrosnąć nawet o 70 proc.

70%! Uwierzycie?! A ciekaw jestem jak bardzo spadnie zapotrzebowanie na socjologów/psychologów/marketingowców i innych absolwentów trendy kierunków. A sektor high-tech rozwija się nadzwyczaj dynamicznie... A jak rozwija się socjologia/psychologia/marketing?

Dożyjemy czasów, w których każdy inżynier będzie skarbem narodowym, a na przejściach granicznych zawisną hasła: Każdy kilogram obywatela największym dobrem narodu. Każdy kilogram obywatela z wykształceniem wyższym technicznym dobrem szczególnym!. A ja ostatnio przytyłem dwa kilogramy. Ku chwale ojczyzny oczywiście! ;-)

Słowa kluczowe: studia społeczeństwo

Komentarze (5)

Dyskryminacja palaczy?

10.08.2006 - Czwartek - 17:23

Ostatnio bardzo głośno zrobiło się o potencjalnej dyskryminacji osób palących przez pracodawców. Ogrom wygłaszanych poglądów na ten temat wręcz zmusza mnie, żebym opublikował swoje zdanie w tym temacie.

Palenie jeszcze piętnaście lat temu było popularne, teraz robi się już coraz bardziej passe. Coraz więcej młodych ludzi nie wchodzi w ten "interes" i żyje bez papierosów. I dobrze! Ani to zdrowe, ani przyjemne dla otoczenia. Dlaczego więc pracodawca ma nie prezentować swojego zdania na temat palenia? Nie mówię tu oczywiście o wyrzuceniu z pracy, ale o pewnych ograniczeniach, którym będą podlegać palący.

Po pierwsze, nie można mówić o dyskriminacji. Niecheć do palaczy jest poparta zdrowymi argumentami. Nie jest to niechęć z powodu koloru skóry (którego się przecież nie zmieni), pochodzenia czy narodowości - tutaj nie ma rozsądnego wytłumaczenia. A palacz... Palacz śmierdzi, traci bezproduktywnie czas i, w przypadku długiej przerwy między "dymkami", chodzi poddenerwowany psując samopoczucie innym osobom. Zalet specyficznych dla palaczy nie stwierdzono, chyba, że ktoś postrzega uśmiech z żółtymi zębami za zaletę...

Wyobraźmy sobie taką sytuację. W pewnej firmie zwolniły się przypadkiem dwa miejsca na podobnych stanowiskach, które wymagają podejmowania decyzji. Ten "przypadek" mógł być spowodowany opuszczeniem firmy przez "dwóch łapówkarzy z układu", przejście do konkurencji lub coś w tym stylu. Nie wnikajmy. Na te stanowiska awansowało dwóch pracowników niższego szczebla - Franek i Wiesiek. Franek jest palący, Wiesiek nie. Albo nie! Na odwrót: Wiesiek jest palaczem. Franek nie. Tak bardziej pasuje ;-)
Obaj mają podobny zakres obowiązków i podobną ilość pracy do wykonania. Muszą pracować w zespole (każdy ma swój własny zespół), jako jego liderzy. Każdy z nich ma prawo do 45 minut przerwy w ciągu ośmiu godzin pracy.

Franek bardzo szybko odnajduje się na swoim stanowisku. Potrafi ułożyć sobie współpracę z członkami swojego zespołu. Szybko i trafnie podejmuje decyzje, również te ekspresowe, które ze względu na swój priorytet są stresujące dla wszystkich członków jego zespołu. Jeden z jego współpracowników pali. Dość często się denerwuje i psuje nastrój grupy. Franek postrzegając problem stara się, żeby w miarę możliwości, ta osoba wykonywała swoje obowiązki samodzielnie. Bez problemu wyrabiają się ze wszystkimi obowiązkami.

Wiesiek, już pierwszego dnia, zrobił się bardzo nerwowy. W jego grupie jest kilku palaczy. Często wychodzą na papierosa. Bezproduktywnie spędzają czas - dużo więcej niż przysługujące im 45 minut. Każdej ważniejszej decyzji towarzyszy zagęstnienie atmosfery i poczucie zbliżającej się sprzeczki. Sytuację łagodzą papierosy. Czasem już nawet nie wychodzą poza pomieszczenie swojej pracy tylko palą wśród tej garstki niepalących z zespołu. Na ich prośby o wyjście i zapalenie na zewnątrz odpowiadają ze śmiechem na ustach, że ich jest więcej - niech niepalący sobie wyjdą. W zespole pojawiają się dwa obozy - palaczy, którzy trzymają ze sobą i niepalących, którzy są przez nich odsuwani. Sytuacja się pogarsza. Nie potrafią znaleźć wspólnego języka. Sprawność pracy spada, nie wyrabiają się ze wszystkimi obowiązkami.

Oczywistym jest, że z punktu widzenia pracodawcy pierwszy zespół jest lepszy, bo wykonuje swoje obowiązki szybko i sprawnie. Drugi zespół jest źródłem ciągłych kłopotów...

Dlatego nie rozumiem żadnych argumentów palaczy. Jedynym ich prawdziwym powodem podniesienia wrzasku jest chronienie własnego tyłka! Oni twierdzą, że będą dyskryminowani, ale czy zdają sobie z tego sprawę, że wiele razy sami "dyskryminują" niepalących na przykład idąc sobie chodnikiem z papierosem, paląc na przystanku autobusowym czy paląc w pociągu? W naszym społeczeństwie istnieje wiele "przyzwoleń" na łamanie zasad i zakazów. Ogromne rzesze palaczy łamią zakazy palenia i w ogóle nie reagują na zwracanie im uwagi. Czemu? Bo oni palą, muszą palić i przecież kiedyś nie było tych "głupich zakazów".

A ja po prostu powiem tyle: palenie jest ich własną decyzją, do której nikt ich nie zmuszał. A każda decyzja wiąże się z pewnymi ograniczeniami. Chcesz palić? Pal, ale nie tam gdzie nie wolno i nie tam gdzie będziesz innym przeszkadzał. Chcesz palić? Pal, ale wiedz, że będziesz zupełnie inaczej postrzegany przez ludzi, którym nie odpowiada smród papierosów. Chcesz palić? Pal, ale pamiętaj, że potencjalny pracodawca może odrzucić Twoją kandydaturę, bo wie, że będziesz tracił dużo czasu na bezproduktywne palenie. Chcesz palić? Pal, ale pamiętaj, że to Twój wybór i nie narzucaj go innym!

Słowa kluczowe: ogólne społeczeństwo

Komentarze (3)

Obsesja?!

16.03.2006 - Czwartek - 21:52

W Polsce można na każdym kroku spotkać ludzi, którzy mają obsesję na punkcie Żydów. W rządzie sami Żydzi, w bankach sami Żydzi, w kierownictwie zakładu pracy sami Żydzi, w telewizji sami Żydzi, w radiu... No właśnie, w radiu. Obejrzyjcie sobie list do redakcji TokFM. Tylko ręce opadają...

Słowa kluczowe: komentarz społeczeństwo

Komentarze (2)

Strach przed bankomatem

08.03.2006 - Środa - 13:04

Czasem, na szczęście nie często, zdarza mi się pójść do oddziału pewnego banku, który to oddział jest jakieś 300 metrów od mojego domu. I zawsze kiedy tam jestem zalewa mnie krew. Jest to jedyny oddział tego banku (swoją drogą, wciąż największego w Polsce) w czterdziestoczterotysięcznym mieście. Jak wiemy, ten wciąż największy bank w Polsce ma sporo klientów starszej daty. No właśnie...

Wchodzę do banku. Widzę sporą kolejkę. Z czterech okienek czynne jest tylko jedno. Oczywiście, przecież wystarczy jedno. Klient może poczekać. Może, czy raczej musi? Ma inny wybór? Drukarki igłowe pracują najwyżej na ćwierć gwizdka. Nie czuć tam atmosfery ciężkiej pracy. Wszystko idzie ślamazarnie. Nawet ochroniarz, około sześćdziesięcioletni inwalida, też idzie ślamazarnie. Staję grzecznie w kolejce. Już zaczynam się wkurzać, bo widzę, że będę tutaj czekał dłużej niż zamierzałem. Przede mną kilka starszych pań.

Pierwsza starsza pani, daje dowód osobisty i prosi dwieście złotych. Kasjerka pyta się jej, czy ma "kartę bankomatową". Ona odpowiada, że ma. Kasjerka tłumaczy jej, że pobierając mniej niż 500 złotych w okienku będzie musiała zapłacić prowizję. Starsza pani mówi: Trudno, nie mam karty ze sobą. Kolejna starsza pani. Sytuacja się powtarza, kwota również poniżej pięciuset złotych. Gdy usłyszała, że powinna skorzystać z bankomatu, w jej oczach widać przerażenie. Ale dalej tkwi przy swoim i chce z okienka. Podobna sytuacja powtarza się jeszcze raz. Tak, tak, trzy razy w czasie nie większym niż 20 minut!

Obok okienka jest stojaczek z ulotkami. Kredyty, obligacje, itd. itp. Jedna z pozycji w tym stojaczku to "Bankomat krok po kroku". Dość duża ulotka, z pewnością napisana większymi literami. Wątpię, żeby zaznajomienie się z tą broszurą stanowiło większy problem dla osób starszych.

Ale skoro wszyscy wychodzą z założenia "Panie! Nie ruszę tego, bo popsuje co jeszcze!"... Przecież bankomat nie gryzie! Ale po co ja to piszę. Przecież i tak nie czytają mnie starsi klienci tego banku. Skoro bankomat to dla nich rzecz skomplikowana to co dopiero komputer...

Słowa kluczowe: komentarz społeczeństwo

Komentarze (5)

Spóźniony komentarz

18.01.2006 - Środa - 18:53

Opisywana sytuacja wydarzyła się już ponad tydzień temu, we wtorek. Byłem wtedy w Skierniewicach. Przyjechałem prosto z uczelni, załatwiłem szybko to co miałem załatwić, a potem wróciłem do domu, bo przecież tydzień był niesamowicie "zawalony" zajęciami. Ale to nie jest najważniejszym tematem. Do rzeczy!

Czekałem kilkanaście minut na dworcu w Skierniewicach. Usiadłem sobie na ławce w poczekalni i relaksowałem się nic nierobieniem (którego mam teraz braki ;-)). Obok mnie usiadły jakieś dwie dziewczyny, zapewne studentki, bo to wynikało z ich rozmów. Potrafiły się nawet wysłowić, nie rzucały przekleństw co drugie słowo, a to już jest coś w dzisiejszych czasach, ale temat ich rozmowy, a właściwie treść była szokująca.

Rozpoczęło się od tego, że jedna spytała się drugiej o jakiś egzamin. Ta druga zaczęła opowiadać, jaki to wykładowca jest niedobry bo dał dziwne zadania (i tu zaczynają się najlepsze wycinki z ich rozmowy). Normalnie uczysz się pojęcia i regułki, która go wyjaśnia. A on dał regułkę i trzeba było dopisać pojęcie. W tym momencie ja aż się zdziwiłem, ale ponieważ ciężko po mnie poznać emocje, to nic nie okazywało mojego już lekkiego zszokowania. A ona (jedna z tych studentek) jakby chciała zobaczyć moją zszokowaną minę. Powiedziała przykład. Szybko wypowiedziałą jakąś definicję. Tak szybko, że ja jej aż nie zrozumiałem, ale byłem pewien, że było to cytowanie fragmentu jakiegoś podręcznika. Następnie powiedziała, że trzeba było napisać pojęcie - jedno słowo, tak, jedno słowo! I tekst: Przyszłoby Ci do głowy, żeby się uczyć w drugą stronę?! Zamurowało mnie... Spuściłem głowę, trochę powstrzymując się od śmiechu, a trochę z powodu smutku, bo przecież to było moje pokolenie i to moje pokolenie będzie kiedyś rządziło tym krajem. Przyjechał pospieszny do Warszawy. Wyszły na peron i wsiadły do pociągu. Ja siedziałem dalej. Miałem jeszcze kilkanaście minut do swojego pociągu. Zacząłem się bać. Co to będzie?

Teraz dochodzę do wniosku, że osoby, które w swoim krótkim życiu spotkałem i nazwałem (niekoniecznie prosto w oczy) głąbami, wcale głąbami nie były. Większość z nich to zwykli przeciętniacy. A to oznacza, że ja, z grona przeciętnych, nieskromnie awansowałem sam siebie do elity intelektualnej...

Słowa kluczowe: społeczeństwo komentarz

Komentarze (1)

© Krzysztof Sawicki